| Wywiad z Andrzejem Słowikiem przeprowadzony przez Piotra Pawłowskiego |
|
PRZEDMOWA
„Z przeszłości w przyszłość” to książka Piotra Pawłowskiego o Koszalinie i jego historii. Dziesięć wywiadów, z dziesięcioma koszalinianinami. Dziesięć rozmów poprowadzonych z pełną otwartością, szczerze i prawdziwie a przy tym wartko i sprawnie. Z krótkimi pytaniami i szybkimi odpowiedziami. Rozmów poprowadzonych bez poszukiwania tam modnej dziś i wszędobylskiej sensacji, ale z wiarą w poprowadzenie prawdy. Z podjęciem próby odkrywania spraw i problemów. Z ukazaniem historii, tej osobistej, każdego z rozmówców i tej bardziej uniwersalnej, która oddaje puls życia naszego miasta. Dziesięciu rozmówców autora to osoby wybrane ze względu na ich dorobek i wkład w tworzenie kolorytu miasta. To osoby, które odcisnęły swoje pietno na kształcie Koszalina drugiej połowy XX wieku. I niech nikt nie doszukuje się w tym doborze jakiegokolwiek klucza politycznego. Bo go tu nie ma. Drodzy czytelnicy. Polecając tę książkę mam przekonanie, że zamyka ona pewien etap rozwoju miasta. Może za dwadzieścia, trzydzieści lat powstanie dalsza jej część. Przypatrujmy się więc wszystkim dokoła uważnie, bo może w naszym otoczeniu jest ktoś z przyszłych rozmówców autora?
Bogdan Gutkowski Wydawca
Andrzej Słowik – artysta plastyk, urodzony w 1943 r. Studiował na wydziale malarstwa Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Dyplom w 1969 r. ze specjalizacją malarstwo architektoniczne w pracowni profesor Krystyny Łada – Studnickiej. W Koszalinie od 1972 r. Uprawia malarstwo, kompozycje w technikach własnych: czarne skrzynki, kaszty i okna. Brał udział w ponad 30 wystawach indywidualnych w kraju i za granicą. Był współorganizatorem wielu plenerów malarskich.
W najbliższym wolnym terminie
- Sześćdziesiątka, jaki to wiek? Zaczyna pan podsumowywać życie czy walczyć z upływem czasu? - Walczę z upływem czasu. Za wcześnie na podsumowania. - A gdyby miał pan pokusić się o podsumowanie w liczbach? - Dwie żony, chociaż kobiet, z którymi żyłem dłużej niż dwa – trzy lata było więcej. Nie brałbym jednak pod uwagę liczby wernisaży i plenerów. Ta sześćdziesiątka naprawdę jest dla mnie mało ważna, bo poza przygodą, którą miałem z sercem, czuję się fantastycznie. - Ejszyszki pod Wilnem. Tam pan przyszedł na świat. Co pamięta pan z dzieciństwa, z lat najmłodszych? - Nic. Ejszyszki to tylko miejsce mojego urodzenia. Rok później wyjechaliśmy stamtąd, a właściwie musieliśmy uciekać. - Przed kim? - Mój ojciec służył w Armii Krajowej. Rok po moich urodzinach, Rosjanie chcieli aresztować ojca za działalność w AK, ale ojciec uciekł. Zabrali więc matkę i pod zarzutem, że „wiedziała, a nie powiedziała” skazali ją na pięć lat w Magadanie. Drugie tyle spędziła w Magadanie już na wolności. Po dziesięciu latach mamie udało się wrócić do kraju. Dożyła dziewięćdziesięciu trzech lat, była twardą i silną kobietą. - A jakie są pana najwcześniejsze wspomnienia? - Przewinęliśmy się przez Opole, a w czterdziestym siódmym roku był już Słupsk. Tam dorastałem, stamtąd wyjechałem na studia i tam po studiach wróciłem. Po wojnie Słupsk był morzem gruzów. Do Koszalina pierwszy raz przyjechałem z mamą w latach pięćdziesiątych. - Kiedy obudził się w panu duch artysty? - Do klasy maturalnej w ogólniaku nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Nie miałem pomysłu na życie. W szkole średniej udzielałem się aktorsko, więc brałem pod uwagę nawet szkołę teatralną. - Pewnie grywałby pan dziś czarne charaktery. - Źli bohaterowie są na ogół najciekawsi. W szkole założyliśmy teatr i kabaret. A proszę zgadnąć, kto reżyserował nasze sztuki? - Nie mam pojęcia. - Zbyszek Cybulski. Przeżyliśmy niezwykłą przygodę. Wchodzi na scenę facet, niby zwyczajny, ale znany, popularny, gwiazda kina i mówi do nas, jak do swoich kolegów z teatru. Niesamowite wrażenie. - Pierwszy egzamin na Akademię Sztuk Pięknych pan oblał. - Oblałem i moja mamusia powiedziała: „Synku, do roboty”. W Gdańsku Oliwie nająłem się w fabryce na windziarza. Windziarz na poszczególne piętra dostarczał elementy do produkcji środków odżywczych. Maszyny były stare i usypywały się przy nich kopczyki tego, co nie przerobiły. Do obowiązków windziarza należało zwożenie odpadów. Najcięższy był proszek do pieczenia. W fabryce pracowały głównie kobiety, więc musiałem ten proszek dźwigać z zaciśniętymi zębami. - Tam, gdzie kobiety, tam i pokusy. Były? - A i owszem, w fabryce byłem po raz pierwszy sam na sam z kobietą i to od razu z mężatką. Chwalę sobie to doświadczenie. Pierwszy raz dla chłopaka powinien być ze starszą kobietą, mądrzejszą i bardziej doświadczoną. W moim przypadku obyło się bez kaców moralnych. Dziewczyna wiedziała, że jestem nietknięty. - Na studiach mógł pan wybrać dziesiątki innych dziedzin. Dlaczego wybrał pan akurat malarstwo architektoniczne? - W liceum trochę rysowałem, czytałem książki o artystach. Nic jednak nie wskazywało, że zostanę jednym z nich. Gdy oznajmiłem matce, że wybieram się na studia plastyczne powiedziała: „Dobrze, sprawdzimy”. Była nauczycielką, zazwyczaj mieszkaliśmy w internatach szkolnych. Zaprowadziła mnie do nauczyciela od rysunku, Aleksandra Kwiatkowskiego, którego zresztą wiele lat później spotkałem na plenerze w Osiekach pod Koszalinem. - Przeszedł pan pierwsze sito? - Nigdy nie zapomnę tej rozmowy. Przyszedłem do pracowni Kwiatkowskiego z rysunkami, a on tylko zrobił kwaśną minę i zapytał: „Synu, czy ty jesteś zamożny z domu? Nie? To zastanów się, czy to są studia dobre dla ciebie”. Wtedy nie rozumiałem, o co chodzi, teraz to samo pytanie zadaję wielu młodym plastykom. Za drugim podejściem egzamin zdałem. - Jakim był pan studentem? - Nie byłem prymusem. Zainteresowałem się kinem. Znaleźliśmy na uczelni kamerę, zaczęliśmy robić filmy dokumentalne. - Jaki był temat pana pracy dyplomowej? - Pracę dyplomową napisałem o polskiej scenografii powojennej; chodziło głównie o teatr. Praca liczyła dziewięć stron i to był mój sukces! Z tym, że nigdy później nie pracowałem dla teatru. - Z czego pan żył na studiach? - Od pierwszego do szóstego roku ze stypendium fundowanego przez Urząd Miejski w Słupsku. Bywałem bogatym studentem. - Stypendium musiał pan jednak odpracować. Czy wtedy wymyślił pan, że zostanie plastykiem miejskim? - Do słupskiego magistratu zgłosiłem się już rok przed dyplomem. Urzędnicy byli bardzo uprzejmi: „Aaaa, witamy młodego artystę. Witam i czekamy”. Poczekali rok i zjawiłem się w urzędzie. „Co mam robić?” – zapytałem. Przewodnik zaprowadził mnie do pokoiku, wskazał krzesło i biurko. Zbaraniałem. - Słowik w klatce. - Otóż to. „Panie – mówię do gościa – tak nie mogę. W papierach – nigdy!”. Był to mój pierwszy i ostatni kontakt z ratuszem, chociaż miałem w nim zagwarantowany etat plastyka miejskiego. Kilka miesięcy później, za moimi plecami, to stanowisko dostał pewien znany słupski artysta. - Dlaczego przyjechał pan do Koszalina? - Przez kobiety. Rozwiodłem się, a w Koszalinie poznałem drugą kobietę swojego życia. Po dwudziestu czterech godzinach uznaliśmy, że jesteśmy dla siebie stworzeni. Obydwa małżeństwa zawarłem tak szybko. Szkoda nam było czasu. Po kilku godzinach znajomości wspólnie zadecydowaliśmy, że tak. Ceremonie zaślubin odbywały się w najbliższym wolnym terminie. - Powojenna historii Koszalina niewielu zna tak charyzmatycznych artystów, jak pan. - Odpowiem przekornie: Koszalin nie jest moim ulubionym miastem. Najbardziej lubię Słupsk. Słupsk uważam niemal za miasto rodzinne. Nie urodziłem się tam, przyjechałem z rodzicami, gdy miałem pięć lat. Korzenie zapuściłem w Koszalinie, mimo to na Słupsk wciąż spoglądam z tęsknotą. - W Koszalinie osiadł pan na początku lat siedemdziesiątych, mówił pan wówczas, że „tutaj wieją wiatry, dzieje się więcej”. - W Koszalinie rzeczywiście ciągle coś się działo. W Słupsku panowała stagnacja, spokój. Ogromną rolę w moim życiu odegrały plenery w Osiekach. Dzięki nim odkryłem nowy sposób postrzegania sztuki. Kończyłem pracownię, w której myślenia malarskie było dziewiętnastowieczne, może z początku dwudziestego wieku, a historię sztuki zakończyłem na secesji. Przyjechałem do Osiek i na to co usłyszałem zareagowałem szałem. Chciałem to wszystko rzucić i pojechać do pracy w fabryce. - Dlaczego? - Stwierdziłem, że jestem kretynem. Nic nie wiem, niczego nie potrafię. Dokoła byli wspaniali artyści, a ja? „Jestem zapóźniony o setki lat” – myślałem. Na szczęście później okazało się, że w swojej frustracji nie byłem osamotniony. Po prostu musiałem otworzyć się i nauczyć tego, co wpędzało mnie w kompleksy. Każdej sztuki nowej trzeba się nauczyć. - W jaki sposób trafił pan do Osiek? - Na pierwszy plener, po zakończeniu studiów, nie zdążyłem. Zresztą nie miałem zaproszenia. Pracowałem już jednak w Związku Polskich Artystów Plastyków i udało mi się wkręcić do Osiek w roli pomocnika. Byłem zaopatrzeniowcem. - Jak wyglądała organizacja pleneru od kuchni? - Osieki były ogromnym mechanizmem organizacyjnym. W szczycie popularności, każdego roku przez plener przewijało się dziewięćdziesiąt osób. Jako związkowiec byłem facetem od przynieś, podaj, pozamiataj. Okazało się, że jestem tam niezbędny i umiem wszystko załatwić. - A były to czasy octu i musztardy. - W sklepach pustki! Jeden z konceptualistów krakowskich zamówił u mnie drut. „W miarę miękki, ale mocny – powiedział. – Sporo tego drutu”. Pomyślałem: „Skąd ja mu wytrzasnę taki drut?”. Wie pan, co zrobiłem? Pojechałem do sklepu pszczelarskiego w Słupsku. Tam drut był. Drogi, jak cholera, ale ówczesna władza miała pieniądze dla artystów. - Do czego potrzebny był ten drut? - Artysta wbił dwa patyki w ziemię, a z drutu zrobił koło ... Myślałem, że mnie szlag trafi. W Osiekach nauczyłem się pokory. Poznałem wielu wspaniałych ludzi. Zostałem tam wpisany w krajobraz. - W ilu plenerach pan uczestniczył? - W sumie w ośmiu, a w osiemdziesiątym roku, wspólnie z Andrzejem Ciesielskim i Józefem Robakowskim, byłem nawet komisarzem pleneru. Dla Osiek najważniejszy był czas; czas w sztuce. Politycznie okres był podły, natomiast w sztuce światowej i polskiej działy się rzeczy niesamowite. Dla komunistów plener osiecki był wentylem bezpieczeństwa. - Cenzorzy nie przyjeżdżali do Osiek? - Nie. W stanie wojennym plener rozpoczął się i zakończył równolegle do strajków gdańskich. Z Andrzejem i Józkiem uzgodniliśmy, że robimy spotkanie bez polityki. „Nie wtrącamy się, robimy swoje” – ustaliliśmy. A wyszedł nam jeden z najbardziej rozpolitykowanych plenerów. Każdy, kto z Trójmiasta do nas przyjeżdżał natychmiast opowiadał, co tam się dzieje. - Jakie są nowe Osieki, po reaktywacji? - Żadne. Bez charakteru. Byłem na pierwszych dwóch edycjach. Stwierdziłem, że już nie da się powtórzyć Osiek. Inny czas, inni ludzie. Historię Osiek należałoby zamknąć i stworzyć nowy plener, z ideą, koncepcją. - Deklaruje pan: „Wyłączam telewizor, gdy widzę facetów, którzy mają receptę na zbawienie świata”. Skąd bierze się u pana ta niechęć do polityki? - Polityka nigdy mnie nie interesowała, ale w sześćdziesiątym ósmym roku po raz pierwszy zobaczyłem, jak milicjant bije pałką cywila. Dla mnie ta sytuacja była niezrozumiała. Na uczelni włączyłem się do działań, które miały wymiar symboliczny, mówiliśmy wtedy o uczciwości i sprawiedliwości. Do moich zadań należał kontakt z rektorem, a poza tym miałem nie dopuścić do użycia siły wobec studentów i wejścia milicjantów do gmachu szkoły. Po dwóch tygodniach dostałem wezwanie z milicji; to był moment decydujący. - Przestraszył się pan? - Nie, ale ... Naprzeciwko mnie usiadł gruby, duży facet w czarnych okularach. „Panie Słowik, na którym pan jest roku? – zapytał. „Na piątym” – odpowiedziałem. „A chce pan skończyć studia?”. „Chcę”. „To niech pan mówi”. „Ale co mam mówić?” – byłem zdziwiony. Opowiedziałem to, co wszyscy wiedzieli. - Jakie były konsekwencje tego spotkania? - Nie skończyło się na tym jednym przesłuchaniu, a podczas następnego ten sam facet chciał wiedzieć więcej. Wtedy wstąpiłem do partii. Moja rodzina była bardzo niezadowolona z tej decyzji. Wyszedłem z założenia: „Nic o mnie beze mnie”. Teraz mogłem z tym grubym facetem rozmawiać, jak równy z równym. Był to oczywiście jeden z największych błędów, jakie w życie popełniłem. - Ta partia nie przewidywała partnerstwa. - Ta partia niczego nie przewidywała. W PZPR byłem jedenaście lat. Przed stanem wojennym rzuciłem legitymację. - Jakie dla pana były lata siedemdziesiąte? - W latach siedemdziesiątych uczestniczyłem w fantastycznym wydarzeniu ... hm, artystycznym – dożynkach. Podczas przygotowań do obchodów przez moje ręce przeszło ponad cztery tysiące metrów sgraffita. Sgraffito to szesnastowieczna technika włoska ozdabiania murów grafikami w tynku. Robiono to na niewielkich powierzchniach, my wprowadziliśmy sgraffito na ogromne ściany szczytowe budynków mieszkalnych. Patent był efektowny, chociaż niskopłatny. Za sukces uznałem to, że dekoracja żadnej z tych ścian nie trącała polityką. - „Sami sobie wynajdowaliśmy zabawki” – tak wspomina pan lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte. - Takich zabawek było wiele. Zajmowałem się malarstwem architektonicznym, które zawsze mnie pociągało. Pracowałem w kilku sąsiednich województwach. Niestety, od lat osiemdziesiątych nie miałem zleceń na tego rodzaju prace. Teraz są to zabawki bardzo kosztowne. - Dlaczego nie wyjechał pan z PRL? - Za komuny z Andrzejem Ciesielskim jeździliśmy do ówczesnego NRD na rozmaite wystawy, plenery. Mieszkaliśmy tam po kilkanaście dni i chociaż w Niemczech Wschodnich było wtedy znacznie lepiej niż w Polsce, nigdy nie ciągnęło mnie, żeby zostać. - Czy pamięta pan swoją największą pracę sztalugową? - Obraz „Mieszczanie”. Wisi w muzeum w Koszalinie. - A „Smok”? - Ach, nie! To był żart. Dostałem rulon papieru. Nie mogłem go rozwinąć, więc całą planszę przybiłem do ściany. Gdy stanąłem przed tym gigantem poczułem, że natychmiast muszę coś na nim namalować. Wyszedł „Smok”. Zabawa była wspaniała, nawet dzieci pomagały mi malować. - Słynie pan z obdarowywania swoimi pracami przyjaciół i znajomych. Skąd wziął się ten obyczaj? - Po pierwsze, gdy rozdawałem prace, musiałem robić następne. W ten sposób zdobywałem najczystszą motywację do pracy, bo przecież powinienem mieć w pracowni ciągle coś nowego. Miało to dobre i złe strony. Po drugie, lubiłem i nadal lubię sprawiać ludziom przyjemność. - Nie odczuwa pan żalu rozstania? - Nie, nigdy. Dzięki temu rozdawnictwu przeżywam czasami miłe chwile, gdy po dwudziestu latach dostrzegam swój obraz na czyjejś ścianie. Jeszcze przyjemniej jest, gdy taki obraz przetrwa próbę czasu. Wszystkie pozostałe powinny wylądować w piwnicy. - A kradzież? Przeżyłby pan kradzież prac? - Przeżyłem! Moja sąsiadka prowadziła restaurację w Łazach. Zaproponowała, żebym wystawił w niej, wspólnie z Robertem Chmielewskim, swoje obrazy. Po sezonie ekspozycję zwinęliśmy. W przededniu zabrania prac do Koszalina, ktoś włamał się do lokalu. Straciłem dziesięć olejnych obrazów. Pomyślałem wówczas: „Głupcy, przecież namaluję sobie nowe”. - Ile prac ma pan na koncie? - Nie liczyłem, ale pewnie około tysiąca. Do kilku prac i pamiątek rodzinnych, jestem bardzo przywiązany; zmieniam domy, ale nie rozstaję się z nimi. Jednak za żadną z prac nie dałbym się poćwiartować. - Najdroższa pana praca, ile kosztowała? - Miałem wtedy trzydzieści dwa lata. Siedmiu polskim artystom z Koszalina i ze Słupska Duńczycy zaproponowali zaprojektowanie toreb na zakupy. Na jednej stronie miała być ilustracja, na drugiej dossier autora po duńsku. O tym, że wybór padł na mnie dowiedziałem się o ósmej rano, a w południe miałem oddać projekt. - Zdążył pan? - Zdążyłem. Narysowałem ziemię, a w formie pierścienia napis: „Słowa – ludzie – ludzie – słowa – ludzie ...”. Te torby widywałem później w duńskich sklepach. Za kilka godzin pracy zarobiłem dwa tysiące koron. - Od liczb nie da się uciec. Wkrótce będzie pan obchodził kolejny jubileusz pracy twórczej. - Trzydziesty ... nie, trzydziesty już był, teraz będzie trzydziesty piąty. Nie planuję żadnych hucznych obchodów. Od niepamiętnych czasów rozmaite uroczystości zawsze świętowałem łącząc spotkania z przyjaciółmi z imprezami artystycznymi. Najczęściej były to wystawy. Tak narodziła się tradycja, która przynosi podwójną przyjemność. Z kolejnym jubileuszem pewnie będzie tak samo. - Kiedy narodziła się ta tradycja? - Podczas stanu wojennego nie organizowaliśmy wystaw i nie jeździliśmy na plenery. Przygotowaliśmy natomiast kilkudniową imprezę pod nazwą „Imieniny u Władka”, Władka Godyli, na którą przyjechali artyści z całej Polski. W ramach tych imienin odbyły się pokazy wideo i prezentacje prac, a wszystko pod kontrolą policji. Radiowóz stał w zasięgu naszego wzroku, ale nikt nie interweniował. Oni byli spokojni, a my bezpieczni. - A za oknami stan wojenny i godzina policyjna. - Nasze działania nigdy nie miały charakteru politycznego. Zawsze interesowała nas wyłącznie sztuka. - Sztuka ponad wszystko? - A niechby nawet! Jak organizować takie imprezy pokazał nam Józek Robakowski, artysta z Łodzi. Drugi jego ślub, na który pojechaliśmy, był jedną wielką akcją artystyczną. Faceci występowali i pokazywali, co tworzą na co dzień. Ta konfrontacja wypadła fantastycznie. - Czy samo życie artysty może być działaniem artystycznym? - Powinienem odpowiedzieć: tak. Chodzę z głową w chmurach, rzeczywistość mnie nie interesuje, ale to oczywiści żart. Nie. Żyjąc z Wisią Kabacińską, która ma galerię „Na Piętrze”, poznaję wielu nowych artystów; co miesiąc nowy wernisaż, nowi goście. Jesteśmy bardzo aktywni. Tyle, że życie swoje, a sztuka swoje. Wypalanie porcelany, któremu ostatnio oddaję się z poświęceniem, to ciężka robota przez dziesięć dni od ósmej rano bez przerwy do dziesiątej wieczorem. Po wyjściu z fabryki padam na twarz. - Każdy artysta ma swoje etapy twórcze, a pan? - Teraz fascynuje mnie ceramika. Po studiach zainteresowałem się aniołami upadłymi, zamierzchłymi świętościami, które więcej miały wspólnego z pojęciem sacrum niż z religią. Stan wojenny zmusił mnie do konstruowania czarnych skrzynek. Przez rok pracowałem wówczas w stolarni u Godyli. - Jako stolarz? - Stolarka była dla mnie odskocznią od sztuki. Przy okazji natrafiałem na masę materiałów niepotrzebnych. Z walających się po stolarni list kątowych zacząłem zbijać czarne skrzynki. Początkowo były polityczne. Tak, tak, od polityki nie ma ucieczki. Za to te moje skojarzenia polityczne były delikatnie, nie chciałem być nachalny. Bardzo chwalę sobie tamten okres. - Pana znajomi mówią: „Andrzej ustatkował się, to nie ten sam Słowik”. Na czym polega ta przemiana? - Chyba najwyższa pora! O wszystkim decyduje czas. A poza tym ... W czasach komuny artystom żyło się dziesięć razy lepiej niż teraz. Mieliśmy pieniądze, bo o wiele łatwiej przychodził zarobek. Nie martwiłem się o czynsz, wiedziałem, że będę miał z czego żyć. - Państwo opiekowało się artystami. - Opieka to nie wszystko. Cały system tak był skonstruowany, że zleceniodawcy musieli zwracać się do pracowni sztuk plastycznych, czyli do nas. Muzea kupowały obrazy, bo miały na to pieniądze. Nie chcę teraz mówić o wadach tamtego systemu. Żyłem, jak pączek w maśle. - Dlaczego więc artyści pili w klubach na kredyt? - A, to kwestia pewnego stylu. Z kredytami nie mieliśmy problemów, bo każdy z nas był wypłacalny. Nie wiedzieliśmy tylko, kiedy przyjdą pieniądze. Teraz, żeby dostać wódkę na kredyt trzeba mieć żyranta. - Często powtarza pan, że stan wojenny wszystko zweryfikował. - Przed rokiem osiemdziesiątym było wesoło. Żyliśmy swobodnie. Po stanie wielu kolegów wykruszyło się, inni zmienili poglądy. - Po transformacji, w jakim obudził się pan świecie? - Zdecydowanie trudniejszym, ale i uczciwszym. Wobec zmian wielu kolegów przyjęło pozycję roszczeniową. „Jestem artystą, a artystom się należy” – słyszę od znajomych. Tkwią w błędzie. - Kiedy odkrył pan, że rynkiem zaczynają rządzić nowe prawa? - W osiemdziesiątym czwartym roku, na jednym z plenerów, poznałem Marię Idziak, koszalińską plastyczkę. Miesiąc później uznaliśmy, że moglibyśmy wspólnie organizować plenery. Szło nam bardzo dobrze. Wówczas załatwienie pieniędzy nie stanowiło większego problemu. Po transformacji, gdy z Maryśką zaczęliśmy chodzić po prośbie, co jest dla artysty strasznie upokarzające, często spotykaliśmy się z odmowami. - Czy to była ta pierwsza poważna lekcja? - Pierwsza z kilku. Popadłem w gigantyczne długi. Nie miałem zabezpieczenia finansowego, oszczędności, emerytury. Nie płaciłem składek, wydawało mi się, że zawsze będę piękny i młody. A tymczasem zostałem sam, mieszkałem na strychu, nie mogłem znaleźć sobie miejsca w nowych czasach. - Jak wówczas szukał pan nabywców na swoje prace? - Ze sprzedażą prac było i jest bardzo ciężko. Nie ma regularnego rynku, ponieważ ludzie nie mają pieniędzy na zbytki, a kultura spadła do rangi zbytku. Poza ekspozycjami sprzedaż jest jeszcze trudniejsza. Po dziewięćdziesiątym roku moje prace najczęściej kupowali znajomi. Zarabiałem na przeżycie. Dopiero Wisia ustabilizowała i usystematyzowała moje działania. - A teraz pracuje pan, wystawia i sprzedaje swoje prace, czy tak? - Niezupełnie. Pracuję, wystawiam i rzadko sprzedaję. A właściwie sprzedaż to już nie moja działka, tym zajmuje się Wisia. Bywa, że nawet nie wiem, ile w galerii kosztuje mój obraz; to chyba zdrowa sytuacja. Dawniej cena za prace była zryczałtowana: - Aaaa, to daj pan na pół litra. - Pomówmy o alkoholu. - Nareszcie! Alkohol był. Teraz jest go znacznie mniej. Nigdy nie miałem poważnych problemów alkoholowych, ponieważ nie pozwalał mi na to mój organizm. Picie o jeden kieliszek za dużo zawsze kończyło się dla mnie tupotem białych mew. Nie tolerowałem klinów. Ciężko przechodziłem kace. Aż w końcu w dziewięćdziesiątym siódmym roku przeszedłem zawał. Choroba zmusiła mnie do zmiany stylu życia. Po czymś takim nawet twardziele nie podskakują. - Trafił pan do szpitala? - Na własne życzenie. Jechałem z Wisią do naszych przyjaciół do Nowego Tomyśla. W aucie źle się poczułem, robiliśmy przerwy w podróży, odpoczywałem. Na miejscu było jeszcze gorzej. W końcu w nocy zadecydowałem, że muszę pojechać do szpitala. Zbadano mi krew. Z wynikami pielęgniarka podjechała wózkiem. Diagnoza: zawał. Ten mój zawał przechodziłem. Wtedy dowiedziałem się, że nie wolno bagatelizować bólu. Dostałem nitroglicerynę. - Ile czasu spędził pan w szpitalu? - Dwa tygodnie. Wszyscy byli dla mnie bardzo mili. Rok później zorganizowałem w tym szpitalu wystawę swoich prac, kilka z nich przekazałem dyrektorowi. Największa wisi przy wejściu. - Myślał pan wtedy o śmierci? - Strach był, lecz nie paraliżujący. Nie straciłem przytomności i ogólnie czułem się dobrze. Tylko przez tydzień nie mogłem wstawać z łóżka. Przyjaciele z Tomyśla pożyczyli mi podręcznik pozytywnego myślenia i ta książka pozwoliła mi przetrwać najtrudniejsze chwile. Później pożyczali ją ode mnie lekarze. - Jaki był pana powrót do domu? - Rzuciłem palenie. Przez trzy lata z alkoholem spotykałem się bardzo rzadko. Żyję spokojniej, przestałem chodzić w miasto ze stówą w kieszeni. Na pijaństwa nie mam zdrowia i pieniędzy. Lekarstwa będę brał do końca życia. - Czy zdarza się panu komponować otoczenie, w którym pan żyje? - Zauważyłem, że jeżeli w pracowni nie mam porządku, nie jestem w stanie normalnie pracować. Tak samo z alkoholem. Próbowałem, oczywiście, że próbowałem, ale po pijanemu nie mogę pracować. Wychodzi z tego bzdura, bełkot, który trzeba zniszczyć. Z kolegami często dyskutujemy o estetyce. Inaczej postrzegamy te same prace. Komponowanie otoczenia byłoby więc bardzo ryzykowne. - Skąd wzięło się pana zamiłowanie do koloru złotego? Wcześniej uważał pan, że złoto to „chamstwo i mieszczaństwo”. - Początkowo rzeczywiście złota nie lubiłem, malowałem na brązowo. Na studiach oddawałem kolegom wszystkie farby żółte. Ten kolor uważałem za wyjątkowo nieudany. Później złotego używałem często, a teraz już tylko w ceramice. - Ulega pan natchnieniu? - Nie nazwałbym tego natchnieniem, lecz dobrą lub złą kondycją. Żeby stworzyć coś wartościowego musi pojawić się kilka elementów; wolna głowa, dobra atmosfera. Owocnie pracuje się na plenerach. Przy złym samopoczuciu nie potrafię wymyślić niczego sensownego, a przecież w sztuce najważniejszy jest pomysł. Dobra kondycja rodzi miłe uczucie, odczuwam rodzaj podniecenia. - „Nie ma nic gorszego niż siedzieć na wielką, białą, pustą przestrzenią” – to pana słowa. - Ależ oczywiście. Wtedy tę przestrzeń trzeba jak najszybciej zasmarować. Czymkolwiek. - Jaki pan ma rytm pracy; po osiem godzin dziennie? - Największą motywacją jest zbliżający się termin oddania pracy. Poczucie, że muszę zdążyć mobilizuje mnie, dyscyplinuje. Na plenerach jest inaczej, po prostu trzeba coś zrobić. W pracowni jestem codziennie. - Codziennie pan pracuje? - Nie. A ileż to zabiegów muszę wykonać, żeby odsunąć od siebie moment zabrania się do pracy! Porządkuję, czyszczę, układam, znajduję mnóstwo różnych zajęć. W tym jestem mistrzem. - Aż w końcu trzeba. - Nie tyle trzeba, co nagle – bach! Siadasz i robisz, bo ty nawet nic nie robiąc albo wykręcając się od roboty, celowo czy nie zamierzenie, ciągle główkujesz o tym, co chcesz zrobić. Siadasz z gotowym pomysłem i wszystko staje się prostsze. Ciach, zaskakujesz i jedziesz. - Jak długo można tak jechać? - Oj, długo. Jestem typem, który z trudem znosi bezrobocie. Kiedyś bywało, że po kilku dniach baaardzo towarzyskich, rwałem do domu. Do pracy! Po zawale pojechałem do sanatorium, ale nawet tam musiałem pracować. Siła wyższa. W sanatorium powstało mnóstwo prac, które rozdałem lekarzom. - Czy artyście potrzebna jest stabilizacja? - Bardzo. W młodości nie szukałem stabilizacji, później przekonałem się, co to samotność. Jestem typem stadnym. W samotności nie mogę myśleć, pracować. - Dlaczego ludzie tak rzadko teraz kupują obrazy? - Ponieważ zubożeli i stracili zainteresowania. Jak tu kupować obrazy, skoro nie ma na chleb. Powstającej dopiero klasy średniej stać na niewiele, a dorobkiewicze, wprawdzie mają pieniądze, ale jeszcze są na etapie kupowania samochodów, jachtów i telewizorów plazmowych. Sztuka to dla nich abstrakcja. - Czy przedsiębiorców stać na otaczanie się dziełami sztuki? Większość z nich po uszy tkwi w kredytach. - Znam wielu, których stać, nie ma w nich jednak wewnętrznej potrzeby. Na razie kupują przedmioty o walorach dekoracyjnych. Komuna promowała działania artystyczne i modę na sztukę. - Co mówi pan dziś młodych adeptom sztuki? - Na niwie wychowawczej odnosiłem sukcesy. W latach siedemdziesiątych z ramienia ZPAP zajmowałem się młodymi ludźmi, którzy przyjeżdżali po studiach do Koszalina. Dla mnie zawsze najważniejsze było poznać człowieka. Przychodził więc taki adept, a ja do niego: „Chcesz być artystą, tak? To skocz po wódkę”. - Chodzili? - Chodzili. Po wódce szliśmy w miasto. Poznawałem młodych z tymi, których znać powinni. Przyprowadzałem takich zielonych facetów do Stefana Napierały, świętej pamięci prezesa Koszalińskiego Towarzystwa Społeczno – Kulturalnego i mówiłem: „Prezesie, czy możemy pomóc temu młodemu człowiekowi?”. Młodzieniec sprzedawał towarzystwu kilka swoich prac i miał za co żyć. - Podobno zaczął pan malować autoportrety. Wcześniej pan tego unikał. Skąd ta zmiana? - Nieżyjący artysta krakowski, Jurek Panek tworzył mnóstwo swoich autoportretów. Widziałem film o nim i trochę mu pozazdrościłem. Mam gębę plastyczną. Na ostatnim plenerze zacząłem szkicować autoportrety. Stawiam lustro i maluję. Bezkarnie. Mogę ze sobą zrobić wszystko. - Skąd wzięły się pana słynne techniki własne; czarne skrzynki, okna, kaszty i inne? - Do każdej z nich dochodziłem krok po kroku. Nie ma w nich premedytacji artysty, który wymyśla nowe formy, ponieważ szuka czegoś, co ludzie kupią. Pierwsze skrzynki nie były czarne i nie miały ram. Z Marysią Idziak organizowaliśmy plenery papierowe, bo papier był najtańszy. Ciągle pojawiają się nowe techniki. Staram się nadążać za zmianami. - Zdarzyło się panu kupić obraz innego artysty? - Nie, obrazy innych na ogół dostawałem w prezencie. Zawsze wychodziłem z założenia: „A co, tam, sam sobie namaluję!”. maj 2003
Źródło: Piotr Pawłowski: Z przeszłości w przyszłość. Koszalin: Wydawnictwo Millennium, 2005 r.
|
Andrzej Słowik - W najbliższym wolnym terminie
Program:
Wystawa rysunku i malarstwa Pa...
